piątek, 4 października 2013

~Rozdział Drugi~

Jak obiecała, tak też zrobiła. Już więcej nie zobaczyłam mojego plecaka.
Jednopiętrowy dom był koloru białego i miał czterospadowy dach o ciemno czerwonych dachówkach. Znajdowały się tam cztery sypialnie, (z czego jedna dla gości) kuchnia, łazienka z toaletą, jadalnia, salon, przedpokój.
Całe wnętrze było zadbane i czyste, meble były wykonane w większości z ciemnego drewna.
Rodzina Em składała się z czterech osób: Emmy, jej mamy, taty i młodszego brata, Sam’a. Posiadali także psa, rasy mops, który wabił się Snowpie. Pies od razu zaczął dokazywać na nasz widok, ale Em w odpowiedzi zignorowała go całkowicie. Jak powietrze. Nawet nie. (Ojojoj, biedna świnka Q.Q –dop.aut.)
-Chodź, pokarzę ci pokój. – Rzekła rozpromieniona. Podążyłam za nią na pierwsze piętro. Korytarz był w kształcie kwadratu. Były tam cztery pary drzwi. Dwie obok siebie, a reszta pojedynczo, na ścianach obok.
Mój pokój był koloru jasnozielonego. Znajdowały się tam białe, zadbane meble. Łóżko było posłane, a półki pełne książek i zdjęć. Wnętrze od razu przypadło mi do gustu. Poczułam, że tu jest miejsce, do którego zawsze mogę wrócić.
-No, i tylko ubrań tu brak. – Westchnęła Emma.
Zrozumiałam.
To właśnie to była ta niespodzianka.
Centrum handlowe.
-No to zbierajmy się. – Ruszyła w stronę wyjścia, sięgając po torebkę, która została przedtem rzucona pod drzwiami. Ja jak nienormalna pobiegłam za nią.
Wsiadłszy do granatowego garbusa pojechałyśmy w kierunku Kingsville Plaza.
Było to dość duże centrum handlowe i jedyne w tym mieście. Posiadało cztery obszerne piętra. (Oraz parter i podziemny parking). Em, uzbrojona w kartę kredytową z wielkim szczęściem szła w kierunku wejścia.
-Nareszcie. Musimy zobaczyć wszystkie sklepy. W końcu trzeba zrobić zapasy, bo w Baltimore jest drożej.
-Taa –westchnęłam. Już sobie wyobrażam Emmę z radością przechadzającą się z jednego sklepu do drugiego i mnie leniwie podążającą za nią, niewyrabiającą ze zmęczenia. – To, od czego zaczniemy?
 -Może po kolei? – Wydaje mi się, że było to bardziej stwierdzenie, niż pytanie, po czym wskazała kciukiem na pierwszy sklep po lewej.
-Prowadź. –Rzekłam ze słabym uśmiechem.
Po godzinie doznałam pierwszych oznak zmęczenia.
Po dwóch zaczęły mnie boleć nogi…
A od tamtego czasu minęły już kolejne dwie…
-Boże, ile tu jest sklepów?! – Westchnęłam, siadając na ławce. Byłam padnięta, ale muszę przyznać, że dzięki tych zakupach znalazłyśmy dużo naprawdę świetnych ubrań. –Moje nogi już dalej nie pójdą, przykro mi. – Żaliłam się Emmie.
Ta nagle, jakby doznała olśnienia. No na reszcie, możemy wracać, bo mamy wszystko.
-No tak, jeszcze buty! –Wypaliła rozentuzjazmowana. Pewnie też bym się cieszyła tak, jak ona, lecz ból z łatwością zneutralizował uczucie szczęścia.

-Te buty są za duże! Nie ma tu połówek?- Zwróciła się do sklepowej. Ja na szczęście nie miałam żadnego problemu z wyborem butów. Chęć szybkiego powrotu do domu i wypróbowania nie-szpitalnego łóżka bardzo przyspieszyły mój wybór. Naszym celem były buty na wszystkie pory roku oraz sportowe – te ostatnie tylko dla mnie, ponieważ Em takowe już posiadała. Tak, więc wszystkie bardzo wygodne i nawet ładne (wygląd mnie mało obchodzi, jeżeli butów nie da się nosić, brrr) buty w popularnym rozmiarze trzydzieści siedem dawno już znajdowały się w pudełkach, leżących w nienagannym stosiku, zaraz obok mnie, siedzącej na pufach w sklepie obuwniczym. Moja droga przyjaciółka właśnie przymierzała chyba czternastą parę butów, lecz nie mogąc zdecydować się na kolor, odłożyła je na półkę.
-Weź te brązowe. Już masz czarne na wiosnę i jesień. A poza tym te kojarzą mi się z Harry’m Potter’em.
-Serio? No dobra, wezmę tę parę. – Uradowana sięgnęła po pudełko, po czym skierowała się w kierunku mojego stosiku.
-Zostały jeszcze na lato. Tak…- niedane jej było dokończyć, bo w tej chwili trafiła kogoś pudełkiem w plecy. – O Jezu, przepraszam. – Wydukała, po czym jej twarz zastygła w dziwnej minie. Zszokowanej.
Zdziwiona jej reakcją powędrowałam za wzrokiem przyjaciółki. Tą postacią, w którą się tak wpatrywała był (tak w sumie to całkiem niezły) niebieskooki brunet średniego wzrostu. Najpierw odwzajemnił minę Em, po czym zaczął świdrować mnie wzrokiem. Jego spojrzenie było bardzo nietypowe. Jakby zobaczył ducha. Wtem do jego pleców przyczepiła się pewna blondyneczka, będąca tego samego wzrostu, co chłopak. Odsłaniała więcej, niż zasłaniała, a jej makijaż był chyba nieco zbyt mocny, jak na tę porę dnia. Pewnie bez niego byłaby dużo ładniejsza. No i skończyło się na tym, że cała nasza czwóreczka spoglądała raz na jedno, raz na drugie.
Wzajemne mierzenie się wzrokiem przerwał w końcu głos Emmy.
-Oh, widzę, że znalazłeś już sobie zastępstwo. – Mruknęła ponuro, zakładając przy tym ręce na biodra. –Powiedz, jak to jest chodzić z dwiema dziewczynami naraz?
-Oh, jak widzę, to nic ci do tego. – Skwitował krótko. Jego dziewczyna spoglądała na mnie ze szpetnym grymasem na twarzy (bez tej miny i tak jest szpetna, no mniejsza). Nie ukrywam, że niezbyt rozumiem tą całą sytuację. Chłopak Em? No już w każdym razie były. –A ty, co się nie odzywasz? – Warknął w moją stronę. –Mowę ci zabrało?
-Eh…ja? – Chyba nic głupszego nie mogłam powiedzieć.
-Nie, Jezus. Nie ma cię przez niecały rok i żadnego wyjaśnienia?
-Ah przestań już grać takiego biedaczka, sam przecież też nie raczyłeś zadzwonić! – Wtrąciła się Kasztanowłosa.
-A ty co, jej adwokat? – Pisnęła blondi, podchodząc bliżej Em.
-To samo mogłabym powiedzieć o tobie. - Odpowiedziała z chytrym uśmieszkiem.
Nie podobała mi się ta sytuacja. Jedyne, czego pragnęłam, to znaleźć się przy kasie i jak najszybciej wrócić do domu.
-Tak więc, czy masz mi może coś jeszcze do powiedzenia. Nie ukrywam, że nie jestem zadowolona z twojej obecności. – Powiedziałam zirytowana, krzyżując ramiona.
Niech to już się skończy.  
-Ja? To chyba ja powi…- powiedział głośno, ale przerwał, rozglądając się wokoło, szukając spojrzeń pozostałych klientów sklepu, po czym dokończył nieco ciszej – powinienem czekać na wyjaśnienia.
-No cóż, sądząc po twoich czynach to ja nie mam ci nic do wyjaśniania. – Zmierzyłam z niesmakiem jego „nową” dziewczynę.
-Dobrze.- Usłyszałam przy uchu szept przyjaciółki. – Skoro nie masz już nic do wyjaśnienia z NIM –mówiąc to odważnie zilustrowała go spojrzeniem – to możemy już udać się do kasy. – Po tych słowach, udając urażenie pociągnęła mnie w kierunku pudełek i wziąwszy je skierowałyśmy się do kas.
Jednak niedane nam było do nich dotrzeć.
W będąc w połowie drogi poczułam silne szarpnięcie za ramię. Ja i moje przyszłe zakupy w jednej chwili znalazłyśmy się na podłodze. Usłyszałam jeszcze za moimi plecami „Masz rację, nie mamy już nic do wyjaśnienia” i tępy chichot tępej osóbki.
-Rose, wszystko w porządku? – Spytała, zbierając pudła.
-Tak, dziękuję. – Wstałam i zaczęłam jej pomagać. Rozejrzałam się, ale tego typka już nie było widać. Zapłaciwszy za rzeczy udałyśmy się (w końcu!) w stronę parkingu.
-Wiesz, że będziesz mi musiała opowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi? – Zaczęłam. –Kim on w ogóle był? Moim chłopakiem? Co się stało? Czemu nie wiedział, że byłam wtedy w szpitalu?
-Hej, jej, za dużo naraz. Spokojnie. Na wszystko ci zdążę odpowiedzieć – odetchnęła – tak więc tamten idiota to twój BYŁY chłopak. Nie zachowywał się przedtem aż tak źle, jak teraz. Zaczęliście ze sobą chodzić od zakończenia zeszłego roku szkolnego i dogadywaliście się... Jako-tako. Od czasu wypadku nikt z dalszych kręgów nie wie o tym, co się stało. To wszystko przez szkołę. W sumie to dyrektora. Chcieli chyba uniknąć rozgłosu, czy niepotrzebnych wywiadów. Wiesz, ten prestiż, który normalnym plebsom nie jest dany – mówiąc to zaczęła śmiesznie gestykulować, wymachując rękoma na wszystkie strony. – No i to chyba wszystko.
-Czyli nikt, oprócz mojej rodziny tego nie wie?
-Oprócz rodziny i nas. – Sprostowała.
-Ale przecież wy też jesteście moją rodziną. 

1 komentarz: