poniedziałek, 14 października 2013

~Rozdział Trzeci~

Przez ten tydzień nie wydarzyło się nic szczególnego. Cała rodzina pomagała nam w spakowaniu się i przyszykowaniu wszystkiego do wyjazdu, który odbył się wczorajszego dnia. Dzisiaj (nieco po godzinie pierwszej) znalazłyśmy się w pokoju akademickim i padłyśmy nieprzytomne na łóżko.

-Wstawaj śpiochu! - W pokoju rozległ się głośny dźwięk uderzenia krzesłem o podłogę.
-Hmm? Co? Która godzina? - Mogłoby się zdawać, że próbowałam obudzić Emmę, jednak to ona miała zamiar wyzwolić mnie z objęć Morfeusza. Aż dziwne. Kto by pomyślał, że w trakcie roku szkolnego Em jest takim rannym ptaszkiem? A może zawsze była, tylko po prostu tego nie pamiętam (no ciekawe, jak)?
-Siódma, pospiesz się, bo się spóźnimy.
Po ubraniu, uczesaniu i przyszykowaniu się w nowe mundurki, (których opisywała nie będę, ponieważ są w przedstawieniu postaci) wybrałyśmy się do szkoły.
-Moja klasa jest tam- wskazała gestem przyjaciółka - więc muszę iść. Poradzisz sobie?
-Tak, spokojnie. - Pomachałam jej na pożegnanie i sama poszłam gdzieś-tam w głąb szkoły.
Wcale nie było spokojnie.
Gdzie ja w ogóle jestem?
Zgubiłam się Q.Q
Najwyraźniej chodzenie bez celu po "nowej" szkole w pierwszy dzień, podczas gdy ma się utratę pamięci długotrwałej nie sprzyja temu, by się nie zgubić.
Zatrzymałam się i zaczęłam rozglądać w poszukiwaniu karteczki z planem budynku, której żaden geniusz nie raczył powiesić! Zrezygnowana westchnęłam, po czym poczułam na sobie czyjeś spojrzenie. Odwróciłam się i napotkałam na swojej drodze parę mocno pomalowanych, błękitnych oczu. Była to jakaś blond włosa dziewczyna. Obok niej stały dwie także mocno umalowane dziewczyny – jedna była ciemnowłosą Azjatką, a druga blond amerykanką. Wszystkie trzy wpatrywały się we mnie z tępym uśmieszkiem na twarzy.
-I co, bidulko, zgubiłaś się? A no tak, przecież nie było cię w szkole wystarczająco długo, abyś mogła zapomnieć, dokąd prowadzą korytarze, niee? –Zachichotała. O co jej chodzi? Przecież nawet jej nie znam… Prawda?
Zignorowałam je i prawie wchodząc w te dwujajowe trojaczki (?) zawróciłam w kierunku holu głównego.
No i tam jak byk wisiał plan budynku.
Rose – ty głupia cioto - patrz, zanim gdzieś odejdziesz =,=
Więc poszłam w zupełnie przeciwną stronę, niż przedtem i tak oto pięć minut później znalazłam się tuż przed salą, w której miałam mieć pierwszą lekcję – matematykę.
Dokładnie w tym samym momencie rozległ się donośny dźwięk dzwonka i wszyscy znaleźli się w klasie. Zajęłam jakieś pierwsze – lepsze miejsce przy oknie i patrzyłam w niebo.
-Ej! – Zaczepił mnie jakiś chłopak. O boże, ale miał wredną minę. – To moje miejsce. Zjeżdżaj.
Jaki cham! Spojrzałam na niego z widoczną urazą. I wróciłam do podziwiania widoków za oknem.
Nagle poczułam szarpnięcie, które postawiło mnie na równe nogi i popchnęło tak, że znajdowałam się teraz w przejściu między ławkami. Cham siedział na moim miejscu i jakby nigdy nic, zaczął się rozpakowywać, a ja stałam jak wryta i głupkowato się na niego gapiłam. W końcu dałam za wygraną – niech ma satysfakcję, że chamsko zajął ławkę bezbronnej dziewczyny, która kilka dni temu wyszła ze szpitala, (czego nie wiedział). Poszłam sobie, a on rzucił tylko „Co za idiotka”. No kurwa, jakim prawem on mnie przezywa? Co ja takiego mu zrobiłam? Nie sądzę, żeby jego zachowanie było spowodowane zajęciem „jego” ławki. Usiadłam więc na jedyne wolne miejsce przy oknie – na samym końcu klasy. Na kolejnych zajęciach nie chcąc być potraktowana tak, jak wcześniej zajęłam miejsce w ostatnim rzędzie przy oknie. To będzie długi rok, szczególnie, gdy dowiedziałam się, że pewna blond włosa panna chodzi na większość zajęć ze mną…
Po wszystkich lekcjach, na których było tylko zapoznanie z zasadami nauczania i podpisanie jakiś dokumentów, mogliśmy w spokoju udać się do akademików.
Chamstwo tych ludzi uderzyło mnie bardzo mocno.
Stoję teraz przed drzwiami do naszego pokoju w akademiku. Pod moimi stopami leży mnóstwo śmieci.
Oh, nie ma to, jak prześladowanie, gdy dopiero co zaczęło się szkołę *^* .
Odłożyłam na bok torbę i zaczęłam zbierać papiery…oby tylko Q.Q . Muszę szybko to sprzątnąć, bo nie wiem, kiedy Emma skończy lekcję, a naprawdę nie chcę, żeby się o tym dowiedziała.
Uff, uwinęłam się z tym w piętnaście minut. Po tym czasie sięgnęłam po torbę i weszłam do pokoju.
Wyjęłam książki, w celu spakowania się na następny dzień. Sięgając dna torby poczułam wymięty papier. Wyjęłam go szybko i odwinęłam.
„Nie chcemy cię tu”
Równie prędko, jak odwinęłam, tak zgniotłam kartkę i wrzuciłam do kosza. Poczułam wielkie przygnębienie i … strach?
Co ja takiego zrobiłam?
Z zamyślenia wyrwało mnie skrzypnięcie drzwi.
-Oh, już skończyłaś? –Spytałam zdziwiona.
-Mhm. – Mruknęła wesoło, z kanapką w ustach.
Dopiero teraz sobie uświadomiłam, że nie miałam dziś nic w buzi (dla gimbusów: chodzi o jedzenie).
-Idę coś zjeść. Idziesz ze mną? – Zapytałam przyjaciółkę i zaczęłam szukać w szafce normalnych ubrań.
-Dobrej pizzy nigdy nie odmówię. Tu za rogiem jest świetna pizzeria.
Było jeszcze ciepło, więc ubrałyśmy krótkie spodenki i bluzki na ramiączkach.
Rzeczywiście blisko. Jakieś pięć minut drogi i już moją uwagę przykuł czerwono-biało-zielony szyld z napisem „Pizzeria”. Doprawdy Oryginalne.
W trakcie naszej niezwykle poruszającej dyskusji na temat sosu do pizzy poczułam, jak telefon wibruje w mojej kieszeni. Wyciągnęłam go. Oh, mają tu darmowe Wi-Fi!
Na ekranie wyświetliła się wiadomość od SpritMaster’a:
SM:Cześć, jak tam?
SR:Hej! Właśnie siedzę z Em w pizzerii i wybieramy sos do pizzy, więc fajnie(jogurtowo-majonezowy czy czosnkowy?). A tam?
SM:Też ciekawie. Wybrali mnie na przewodniczącego i teraz siedzę w szkole i uzupełniam dokumenty. Wybierz jogurtowo-majonezowy.
-Przykro mi Emmo, 2: 1, przegrałaś.
-Powiedz temu kolesiowi, że jak go dorwę, to już nie będzie taki cwany.
SR:Em cię pozdrawia ;>

Po powrocie do pokoju nastała błoga cisza, którą przerwałam.
-Czy wiesz może, dlaczego inni uczniowie nie przepadają za mną? – Spytałam zaciekawiona.
-Naprawdę? Czemu nie powiedziałaś mi na przerwie? – Odpowiedziała pytaniem. Widać było, że się tym przejęła.
-Tak więc wiesz? –Nie dałam się zbić z tropu. Dobrze wiem, jak to działa.
-Wydaje mi się, że to dlatego, że nie podoba im się fakt, że ktoś, kto nie zdał przez wagary nie został wydalony z tak prestiżowej szkoły.
-Ale przecież miałam wypadek i chyba mają prawo to wiedzieć.
-Szkoła chce uniknąć rozgłosu. To wszystko jest podejrzane.

-Trzeba się dowiedzieć, o co tu chodzi. 

piątek, 4 października 2013

~Rozdział Drugi~

Jak obiecała, tak też zrobiła. Już więcej nie zobaczyłam mojego plecaka.
Jednopiętrowy dom był koloru białego i miał czterospadowy dach o ciemno czerwonych dachówkach. Znajdowały się tam cztery sypialnie, (z czego jedna dla gości) kuchnia, łazienka z toaletą, jadalnia, salon, przedpokój.
Całe wnętrze było zadbane i czyste, meble były wykonane w większości z ciemnego drewna.
Rodzina Em składała się z czterech osób: Emmy, jej mamy, taty i młodszego brata, Sam’a. Posiadali także psa, rasy mops, który wabił się Snowpie. Pies od razu zaczął dokazywać na nasz widok, ale Em w odpowiedzi zignorowała go całkowicie. Jak powietrze. Nawet nie. (Ojojoj, biedna świnka Q.Q –dop.aut.)
-Chodź, pokarzę ci pokój. – Rzekła rozpromieniona. Podążyłam za nią na pierwsze piętro. Korytarz był w kształcie kwadratu. Były tam cztery pary drzwi. Dwie obok siebie, a reszta pojedynczo, na ścianach obok.
Mój pokój był koloru jasnozielonego. Znajdowały się tam białe, zadbane meble. Łóżko było posłane, a półki pełne książek i zdjęć. Wnętrze od razu przypadło mi do gustu. Poczułam, że tu jest miejsce, do którego zawsze mogę wrócić.
-No, i tylko ubrań tu brak. – Westchnęła Emma.
Zrozumiałam.
To właśnie to była ta niespodzianka.
Centrum handlowe.
-No to zbierajmy się. – Ruszyła w stronę wyjścia, sięgając po torebkę, która została przedtem rzucona pod drzwiami. Ja jak nienormalna pobiegłam za nią.
Wsiadłszy do granatowego garbusa pojechałyśmy w kierunku Kingsville Plaza.
Było to dość duże centrum handlowe i jedyne w tym mieście. Posiadało cztery obszerne piętra. (Oraz parter i podziemny parking). Em, uzbrojona w kartę kredytową z wielkim szczęściem szła w kierunku wejścia.
-Nareszcie. Musimy zobaczyć wszystkie sklepy. W końcu trzeba zrobić zapasy, bo w Baltimore jest drożej.
-Taa –westchnęłam. Już sobie wyobrażam Emmę z radością przechadzającą się z jednego sklepu do drugiego i mnie leniwie podążającą za nią, niewyrabiającą ze zmęczenia. – To, od czego zaczniemy?
 -Może po kolei? – Wydaje mi się, że było to bardziej stwierdzenie, niż pytanie, po czym wskazała kciukiem na pierwszy sklep po lewej.
-Prowadź. –Rzekłam ze słabym uśmiechem.
Po godzinie doznałam pierwszych oznak zmęczenia.
Po dwóch zaczęły mnie boleć nogi…
A od tamtego czasu minęły już kolejne dwie…
-Boże, ile tu jest sklepów?! – Westchnęłam, siadając na ławce. Byłam padnięta, ale muszę przyznać, że dzięki tych zakupach znalazłyśmy dużo naprawdę świetnych ubrań. –Moje nogi już dalej nie pójdą, przykro mi. – Żaliłam się Emmie.
Ta nagle, jakby doznała olśnienia. No na reszcie, możemy wracać, bo mamy wszystko.
-No tak, jeszcze buty! –Wypaliła rozentuzjazmowana. Pewnie też bym się cieszyła tak, jak ona, lecz ból z łatwością zneutralizował uczucie szczęścia.

-Te buty są za duże! Nie ma tu połówek?- Zwróciła się do sklepowej. Ja na szczęście nie miałam żadnego problemu z wyborem butów. Chęć szybkiego powrotu do domu i wypróbowania nie-szpitalnego łóżka bardzo przyspieszyły mój wybór. Naszym celem były buty na wszystkie pory roku oraz sportowe – te ostatnie tylko dla mnie, ponieważ Em takowe już posiadała. Tak, więc wszystkie bardzo wygodne i nawet ładne (wygląd mnie mało obchodzi, jeżeli butów nie da się nosić, brrr) buty w popularnym rozmiarze trzydzieści siedem dawno już znajdowały się w pudełkach, leżących w nienagannym stosiku, zaraz obok mnie, siedzącej na pufach w sklepie obuwniczym. Moja droga przyjaciółka właśnie przymierzała chyba czternastą parę butów, lecz nie mogąc zdecydować się na kolor, odłożyła je na półkę.
-Weź te brązowe. Już masz czarne na wiosnę i jesień. A poza tym te kojarzą mi się z Harry’m Potter’em.
-Serio? No dobra, wezmę tę parę. – Uradowana sięgnęła po pudełko, po czym skierowała się w kierunku mojego stosiku.
-Zostały jeszcze na lato. Tak…- niedane jej było dokończyć, bo w tej chwili trafiła kogoś pudełkiem w plecy. – O Jezu, przepraszam. – Wydukała, po czym jej twarz zastygła w dziwnej minie. Zszokowanej.
Zdziwiona jej reakcją powędrowałam za wzrokiem przyjaciółki. Tą postacią, w którą się tak wpatrywała był (tak w sumie to całkiem niezły) niebieskooki brunet średniego wzrostu. Najpierw odwzajemnił minę Em, po czym zaczął świdrować mnie wzrokiem. Jego spojrzenie było bardzo nietypowe. Jakby zobaczył ducha. Wtem do jego pleców przyczepiła się pewna blondyneczka, będąca tego samego wzrostu, co chłopak. Odsłaniała więcej, niż zasłaniała, a jej makijaż był chyba nieco zbyt mocny, jak na tę porę dnia. Pewnie bez niego byłaby dużo ładniejsza. No i skończyło się na tym, że cała nasza czwóreczka spoglądała raz na jedno, raz na drugie.
Wzajemne mierzenie się wzrokiem przerwał w końcu głos Emmy.
-Oh, widzę, że znalazłeś już sobie zastępstwo. – Mruknęła ponuro, zakładając przy tym ręce na biodra. –Powiedz, jak to jest chodzić z dwiema dziewczynami naraz?
-Oh, jak widzę, to nic ci do tego. – Skwitował krótko. Jego dziewczyna spoglądała na mnie ze szpetnym grymasem na twarzy (bez tej miny i tak jest szpetna, no mniejsza). Nie ukrywam, że niezbyt rozumiem tą całą sytuację. Chłopak Em? No już w każdym razie były. –A ty, co się nie odzywasz? – Warknął w moją stronę. –Mowę ci zabrało?
-Eh…ja? – Chyba nic głupszego nie mogłam powiedzieć.
-Nie, Jezus. Nie ma cię przez niecały rok i żadnego wyjaśnienia?
-Ah przestań już grać takiego biedaczka, sam przecież też nie raczyłeś zadzwonić! – Wtrąciła się Kasztanowłosa.
-A ty co, jej adwokat? – Pisnęła blondi, podchodząc bliżej Em.
-To samo mogłabym powiedzieć o tobie. - Odpowiedziała z chytrym uśmieszkiem.
Nie podobała mi się ta sytuacja. Jedyne, czego pragnęłam, to znaleźć się przy kasie i jak najszybciej wrócić do domu.
-Tak więc, czy masz mi może coś jeszcze do powiedzenia. Nie ukrywam, że nie jestem zadowolona z twojej obecności. – Powiedziałam zirytowana, krzyżując ramiona.
Niech to już się skończy.  
-Ja? To chyba ja powi…- powiedział głośno, ale przerwał, rozglądając się wokoło, szukając spojrzeń pozostałych klientów sklepu, po czym dokończył nieco ciszej – powinienem czekać na wyjaśnienia.
-No cóż, sądząc po twoich czynach to ja nie mam ci nic do wyjaśniania. – Zmierzyłam z niesmakiem jego „nową” dziewczynę.
-Dobrze.- Usłyszałam przy uchu szept przyjaciółki. – Skoro nie masz już nic do wyjaśnienia z NIM –mówiąc to odważnie zilustrowała go spojrzeniem – to możemy już udać się do kasy. – Po tych słowach, udając urażenie pociągnęła mnie w kierunku pudełek i wziąwszy je skierowałyśmy się do kas.
Jednak niedane nam było do nich dotrzeć.
W będąc w połowie drogi poczułam silne szarpnięcie za ramię. Ja i moje przyszłe zakupy w jednej chwili znalazłyśmy się na podłodze. Usłyszałam jeszcze za moimi plecami „Masz rację, nie mamy już nic do wyjaśnienia” i tępy chichot tępej osóbki.
-Rose, wszystko w porządku? – Spytała, zbierając pudła.
-Tak, dziękuję. – Wstałam i zaczęłam jej pomagać. Rozejrzałam się, ale tego typka już nie było widać. Zapłaciwszy za rzeczy udałyśmy się (w końcu!) w stronę parkingu.
-Wiesz, że będziesz mi musiała opowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi? – Zaczęłam. –Kim on w ogóle był? Moim chłopakiem? Co się stało? Czemu nie wiedział, że byłam wtedy w szpitalu?
-Hej, jej, za dużo naraz. Spokojnie. Na wszystko ci zdążę odpowiedzieć – odetchnęła – tak więc tamten idiota to twój BYŁY chłopak. Nie zachowywał się przedtem aż tak źle, jak teraz. Zaczęliście ze sobą chodzić od zakończenia zeszłego roku szkolnego i dogadywaliście się... Jako-tako. Od czasu wypadku nikt z dalszych kręgów nie wie o tym, co się stało. To wszystko przez szkołę. W sumie to dyrektora. Chcieli chyba uniknąć rozgłosu, czy niepotrzebnych wywiadów. Wiesz, ten prestiż, który normalnym plebsom nie jest dany – mówiąc to zaczęła śmiesznie gestykulować, wymachując rękoma na wszystkie strony. – No i to chyba wszystko.
-Czyli nikt, oprócz mojej rodziny tego nie wie?
-Oprócz rodziny i nas. – Sprostowała.
-Ale przecież wy też jesteście moją rodziną.